Rozdział 02

<<<

..

Tito Litwak jest superbohaterem, pomyślał Ostrowski. W tym momencie musiał wyjść do ubikacji. Kiedy wrócił na stole leżała kartka. „Uciekłem Ci”. Podniósł ją i obrócił w dłoni. Po drugiej stronie znajdował się rysunek przedstawiający pięknego misia.


A oni już szli przez miasto. Pierwszy Maciej Szwarc. Szybko, w skórzanych kowbojkach i ortalionowej szwedce. Singielka druga w szpilkach i czerwieni. Świetlicki szurał butami. Nawet nie było zimno, tylko nieprzyjemnie. Po niebie płynęły takie postrzępione obłoczki jak brudna wata. Tito Litwak na końcu z papierosem w zębach i komórką przy uchu. I z nożem w bucie, bo zawsze nosi nóż.


Ostrowski nie wiedział gdzie poszli, ale wiedział co zrobić. Albowiem sprytny jest. Zadzwonił do Irenki.

– Witaj Irenko – powiedział.
– Witaj – odpowiedziała Irenka. – Tito idzie do Bogusia. To kolega z dzieciństwa. Mieszka na Kazimierzu i ma punkt repasacji pończoch. Tito mówi, że go znajdzie. Ty znajdź Tito. Niepotrzebnie Cię zostawili. Będzie deszcz.
– Dziękuję Ci Irenko. – powiedział Ostrowski – Siadaj na bujaku i czuwaj. Obiecuję znaleźć Tito i zabrać go na rybę.
– Dziękuję, Cezary. Pozdrów Bogusia, pamiętam, że to było gdzieś przy platanach.

W tym momencie poklepał Ostrowskiego po plecach Irek Grin. Był łysy i zaniepokojony. Nie wyglądał wesoło. A przecież Irek Grin zawsze wygląda wesoło, albowiem wydaje wszystkie powieści Świetlickiego. Od Macieja Szwarca odróżnia go temperament i postura, imię i nazwisko, Wszystko praktycznie. Bo Irek Grin jest pragmatykiem. Przed paroma laty wpadł na pomysł napisania powieści. Przez Marcina. I Marcin tę powieść napisał. Kryminalną, jakoż Irek Grin wydaje tylko kryminalne. Dunin wydaje też, ale mniej kryminalne.


– Zobacz co dostałem – powiedział Irek i pokazał Ostrowskiemu zdjęcie w telefonie. Na zdjęciu był piękny miś, a pod zdjęciem podpis „Uciekłem Ci”. Wiadomość pochodziła z telefonu Macieja Szwarca – To od Marcina – dodał.
Ostrowski pokazał mu oryginał. Grin pokiwał głową.
– Uciekł nam. – powiedział smutno.
– A ty myślałeś, że nie ucieknie nigdy?
– Nie zastanawiałem się. Liczyłem, że go zajmę tymi powieściami. Spotkaniami autorskimi, podpisywaniem książek. Przecież on tak to lubi. Kiedy go pytają o mistrza i o sukę, lubi. Lubi kiedy stawiają żołądkową i się wzruszają. Kiedy piszą prace magisterskie. Byle nie dotykali. Dotykania nie lubi.
– Jest z nim Tito. – powiedział Cezary.
– Tito? Skąd tutaj? Myślałem, że Marcin jest ze Szwarcem.
– Wlecze ze sobą Szwarca i jakąś emerytowaną nastolatkę, ale w końcu ich zgubi. On tylko na początku lubi widownię, potem nie. Zgubi ich, zobaczysz. Zgubi nawet Tito.
– Też dostałeś tego głupiego maila? – zapytał nagle, a Ostrowski wiedział o co pyta.
– Jakiś rok temu. Nawet mnie rozbawił. Myślałem, że to wasz nowy PR. „Sam Solo Świetlicki – Śmierć w Misiu 2010 – poemat prozą” Tak mniej więcej było w temacie, ale mail był pusty, nie licząc podpisu „w żalu pogrążony, Uzbud Szuwra”. Był jeszcze link do Google maps, ale nie działał.
– No właśnie. Dostałem wiadomość z telefonu Szwarca przed wyjściem z domu, żeby do was dobić. Poszukałem tego maila. Teraz link działa! Wskazuje na coś, co nazywa się „Wielki Wschód Misia”




– Masoński spisek przeciw Marcinkowi?
– Raczej nie. Ten Uzbud Szuwra mi tu nie pasuje. To brzmi bardziej jak nazwisko kirgiskiego folksdojcza niż wielkiego mistrza. A poza tym Wielki Wschód Misia jest na torach!
– Jakich torach?
– Normalnych, w sensie kolejowych. Znacznik na mapie pokazuje środek jakiejś plątaniny torów.
– W Krakowie?
– W Krakowie.
– Wydrukowałeś?
– Nie. Tknęło mnie, że jak wyjdę, to może jeszcze złapię Marcina.
– A dzwoniłeś do niego?
– Schwarc nie odbiera…
– No to dupa.
– Ale dobrze, że Ciebie znalazłem. – Grin nagle jeszcze bardziej posmutniał. Popatrzył na swoje buty – Ty wiesz, że on nie przyjdzie na koncert. Co robimy?
– Szukamy repasacji pończoch na Kazimierzu. Szukamy Bogusia.


Jak na Grina i jak na Ostrowskiego, to szybko znaleźli się na Kazimierzu. W piętnaście minut. Stanęli na skrzyżowaniu Józefa i Bożego Ciała. W pobliżu punktu informacji miejskiej, na którym Grin wymownie zawiesił wzrok.


– To ty nie wiesz, gdzie na Kazimierzu jest repasacja pończoch? – zapytał Ostrowski.
– A widziałeś mnie kiedyś w pończochach?
– To jeszcze o niczym nie świadczy. Raczej sądziłem, że takie miejsce to żywa legenda Krakowa. Coś o czym się wie. W pończochach, czy bez.
– Ja nie wiem, ale może w informacji wiedzą.


Wiedzieli. Punkt był na podwórzu kamienic u zbiegu Miodowej i Podbrzeża. Byli tam w 5 minut. Wielki napis na budce informował. Repasacja pończoch, podciąganie oczek, napełnianie długopisów. Bogdan Bangod. Warsztat mieścił się w czymś co przypominało stary kiosk Ruchu pomalowany na seledynowo. Napis był różowy. W środku nie było nikogo. Kiosk wyglądał na opuszczony co najmniej od czasu prezydentury Wachowskiego. Wyblakła kartka z napisem „godziny otwarcia w tygodniu: 12.00 -16.00” trzymała się na dwóch zardzewiałych pinezkach. Podwórko było puste jak Jola.

– Co teraz? – zapytał Irek – Mamy jakiś plan b?
– Krzyczymy?
Grin popatrzył na Ostrowskiego błędnym wzrokiem, a ten wrzasnął – Bogdan!
Nic się nie wydarzyło.
– Bogdan! – wrzasnął Grin z upodobaniem.
– Bogdan !! – wrzasnęli obaj.
Otworzyło się okno na parterze i wyjrzał z niego gość we flanelowej koszuli w kratkę. Założył okulary i patrzył na nich minutę.
– Panowie pozwolą bliżej – powiedział wreszcie.
Pozwolili.
– Tu już dzisiaj byli szukać pana Bogdana.
– Dawno byli? – zapytał Irek.
– Jakiś kwadrans temu. Powiedzieli, że mają dla niego list, to im dałem nowy adres i poszli.
– To gdzie poszli?
– A panowie też mają list? – zapytał chytrze autochton.
– Mamy nawet paczkę. Paczkę papierosów znaczy. Dla osoby życzliwej.
– A jakich papierosów, że tak zapytam z ciekawości?
– Extra Mocnych.
– A skąd panowie wzięliście Extra Mocne?
– Z domowych zapasów.
– A można zobaczyć?
Grin podał gostkowi fajki.
– Pan Boguś pracuje jako portier w Hotelu Kazimierz & Lorenzo. Ale nie idźcie tam panowie. Jego tam nie ma.
– Wie pan, my w zasadzie nie jego szukamy, ale tych Państwa, którzy go szukają, więc może jednak lepiej pójdziemy. Dziękujemy za informację – wyjaśnił Ostrowski.
– Powtarzam, lepiej nie idźcie. Tych państwa też nie znajdziecie. Rozdzielili się. Ten z czarnymi oczami zamówił taksówkę dla siebie i dla lali, a ruski odebrał telefon i zaczął strasznie się spieszyć z tym smutnym. Też zamówili taksówkę.
– Nie wie pan dokąd?
– Mówili coś, że na wschód, ale niedokładnie słyszałem.
– Nic więcej?
– Nic. Zaraz potem odjechali. Ledwie papierosa wypalili. Od tego telefonu rozmawiali szeptem i głównie po rusku.
– A gdzie pojechała ta para?
– A, to wiem akurat, bo lalunia strasznie głośno gadała. Pojechali na Hutę, do niej. Była już trochę wlana, ten koleżka chyba też. I mówili, że będą czekać na dwóch o osiemnastej w „Psie”.

Podziękowali panu. Grin pociągnął Ostrowskiego do bramy.
– Coś z tego kumasz?
– Kumam, że Świetlicki spławił Szwarca.
– I co teraz robimy?
– Jedziemy szukać Wielkiego Wschodu Misia, czy czekamy w „Psie”?
– Dobrze wiesz, że on nie przyjedzie do „Psa”.
– Może przesadzamy? Może to taka gra? Marcinowi się nudzi. Potrzebuje adrenaliny?

Zadzwonił telefon. Grin wyjął go i popatrzył na wyświetlacz.
– To Pasewicz – powiedział – Zupełnie zapomniałem, że miał dzisiaj przyjechać.

>>>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: