Rozdział 21

<<<

…………………

Po jednorazowym lecz pamiętnym stosunku płciowym z Żulią, Zając odmienił swój los. W tym sensie, że wszystko w jego życiu stało się spójne. Nie tak normalnie. Ale jakby lepiej. Papierki takie równo poukładane, podłoga mniej porypana, elegancko w ogóle. Kwiatki w wazonie, popielniczka wypierdzielona. Czad. Wódka z kieliszka.

Zając chciał najpierw szukać Żulii, gdyż był romantyczny. Nie znalazł. Nie był w stanie. Znał tylko swoje środowisko.

Poszedł na posterunek policji. To znaczy najpierw się nastukał, a potem poszedł.

– Przyszedłem złożyć doniesienie na złą kobietę – oznajmił na posterunku.

Kazali mu wyjść i wytrzeźwieć. Postraszyli policją.

Wrócił następnego dnia. Trzeźwy.

– Przyszedłem złożyć doniesienie na złą kobietę – powtórzył.

Zafrasowali się policjanci. O domach pomyśleli i o choince. O plastikowych modelach samolotów MIG. Wyjęli notesy.

– Nazwisko? – zapytali.

– Nie wiem – odparł zgodnie z wiedzą Zając.

– Pana nazwisko? – zapytali raz jeszcze.

– Emanuel Yalo – odpowiedział – Przez jedno „m”, jedno „l” i bez „e” na końcu.

***

Basia zaprzestał szukania dziewczynki w stroju bamberki. Oklapł i zbladł. Nie czesał się ani nie mył zębów. W kółko nucił piosenkę „Spałem w Centrum Dysleksji”. Nie wiecie jak to leci? Bo to mało znana piosenka. Równie mało jak „Zgrzeszyłem” czy „Firanki”. Niszowa i żałosna.

Basia nucił:

„Mikro skop mnie,

delikatnie pałuj,

nie całuj…”

Czuł się upodlony i niepotrzebny. Knofhoff powoli odciskał swe piętno. Basia pogrążał się w inercji i megalomanii. Znów nachodziły go myśli o Dragkoniku. To było silniejsze niż pragnienie odnowy. Ulice Knofhoffu wołały „Przyklęknij, pochyl się Basiu nad swą prawdziwą naturą. Nie uciekaj. Nie masz szans. Masz grzech!”

Kiedy pragnął się uwolnić, wołały jeszcze głośniej. Sprzęgło się życie Basi z wołaniem ulic.

Gdy zaczynał się zastanawiać jak i kiedy zginęła dziewczynka w stroju bamberki, bolała go głowa. Widział tylko niejasny obraz jej rączki, machającej przez szybę windy w wieżowcu na osiedlu Wielkiej Przyjaźni. Pamiętał zapach klatki schodowej. Dźwięk dzwonka przy drzwiach do mieszkania 115. „Din-don”. Pamiętał piosenkę „Spałem w Centrum Dysleksji”. Na drzwiach mieszkania była naklejka „Wiara Rocha góry przenosi”. Długo szło się korytarzem. Oj, a ile tam było kwiatów doniczkowych!

– Dlaczego się smucisz Basiu? – zapytał Marcin Świetlicki, gdy siedzieli na ławce w parku, choć było zimno.

– Albowiem mam chyba grzech – odpowiedział Basia – I nie wiem co stało się ostatnio.

– Masz zatem przeczucie grzechu? – dociekał Świetlicki.

– Możesz tak to nazwać, aczkolwiek znamię grzechu brzmi jeszcze lepiej.

– A czy widzisz jak piękny jest dzień, mimo że zimny i niepogodny w tym magicznym mieście?

I to właśnie najbardziej przerażało Basię. Nie widział. Co więcej, widział smutek i małą rączkę machającą zza szyby windy. Starał się myśleć o wschodach słońca w Nowej Hucie, o gołębiach na małym rynku i o piosenkach Grzegorza Turnau, ale nic z tego.

– Ty najwyraźniej masz nostalgię – oznajmił Marcin Świetlicki.

– To nie nostalgia – odparł Basia – Mam istotne przeczucie iż świat skończy się w Knofhoff. Dokładnie tak jak przepowiedział Mitar Tarabicz, słynny serbski profet. Będzie wielki spinak i wszystko zgaśnie. Możni i dumni zostaną strąceni. Sprawiedliwi przeniosą się do jaskiń Wildy oraz Jeżyc, a Peja będzie grał im hip-hop gębowo.

– A próbowałeś myśleć o dzieciństwie, o rzeczach które kochasz? – zapytał Świetlicki.

– Próbowałem niejednokrotnie. Za każdym razem przypomina mi się wycieczka szkolna do Wieliczki i lizanie rzeźb. Jest jeszcze gorzej. Dali mi wtedy aviomarin.

O, bezrozumny. Ja bezrozumny. Gdzie moja moc leczenia ran duszy? – zastanowił się Świetlicki – Gdzie magia mej poezji i prozy, skoro przyjacielu pomóc nie mogę?

I zdecydował się wyrecytować swój nigdy nie publikowany wiersz „Ocet”.

Cyt, maleńki,

Odrzuć mój wdzięk

i soli nasyp mi

w ocet.

Bezsprzecznie,

niebezpiecznie

postąp.

Trochę jakby pomogło. Basia uniósł smutne oczy. Teraz czaiła się w nich magia poezji.

– Zajebię gnoi za to co mi zrobili – wycedził przez zęby.

– Jakie zajebie, jakich gnoi? – zdziwił się Marcin Świetlicki, literat z Krakowa.

– Poetów polskich. Konopnicką, Wojaczka, Miłosza, a nawet Tuwima.

– No to masz kłopot, bo przeważnie nie żyją.

– To zbeszczeszczę ich groby i opluję pamięć!

– Za co, Basia? Co cię napadło?

– Sączyli jad wzruszeń, skazili mnie splinem, zatruli duszę. Uczynili słabym, podatnym, sflaczałym. Zamordowali werwę, zdławili przedsiębiorczość. Wydarli obywatela Europie.

– A bez nich? Czy aby bez nich nie byłbyś taki sam?

– Przejrzałem was! Tyś też dywersant!

bilbord

Świetlicki zadumał się, gdyż miał nad czym.

>>>

Reklamy

4 thoughts on “Rozdział 21

  1. beata pisze:

    Jeśli można… bamberkę widziala na Rondzie generała Caponiera…

  2. Autor pisze:

    niech zgłosi policji zatem!

  3. Autor pisze:

    Jak mawia mój kultowy kolega Marcin: Oto ulica Lipowa. Nie wiem kim był Lipow.

  4. beata pisze:

    Lejtnanta Lipowa nie znajetie? Ech, duraki….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: