Rozdział 05

<<<

…..

Na targowisku stał zając. Wielki jak niedźwiedź. Brzydki i brudny. Trzymał tabliczkę z napisem „Tanie książki”. Palił papierosa i od czasu do czasu spluwał. Zadzwonił telefon komórkowy. Zając odebrał. Nie mówił długo. Wyrzucił papierosa. Przydeptał go i zdjął głowę. Miał siwe włosy upięte w kucyk i srebrne oczy. I zajęczą wargę. Jak to zając. Każdy, kto odwiedzał targowisko znał zająca. Zając był życzliwy i lubił piwo. Jąkał się odrobinę. Pachniał potem i tanimi fajkami. Nie przesadzał tez z higieną osobistą, za szczególnym naciskiem na higienę jamy ustnej i higienę intymną. Waliło mu z pyska i zalatywał moczem. Ale miał tez kilka zalet. Spostrzegawczy był. Pamięć posiadał fotograficzną. Ponoć kiedyś był nawet fotografem, ale nieszczęśliwa miłość przekreśliła jego życie. Miłość do tancerki. Zajęcza warga była pamiątką uczucia. Nie miał jej od urodzenia. Miał ją od faceta o wyglądzie szczurzym. Zając uwielbiał chwalić się jak cudem uniknął śmierci. Jak uciekał nocą przez cmentarz zakrwawiony. Jak wpadł do świeżo wykopanego grobu i ocalił życie. Rozkoszował się tymi opowieściami. Epatował nimi. Pławił się w swym małym kryminalnym kombatanctwie. Zając był onegdaj fałszerzem. Fałszował dolary, paszporty, zaświadczenia, dyplomy, prawa jazdy. Był dobry. Rewelacyjny. Jego fałszywki ceniono w kraju i za granicą. Przystojny. Miał powodzenie u kobiet, które pozostało do dzisiaj. Tylko kobiety się postarzały.

Zając

Dziarskim ruchem zarzucił głowę zająca. Teraz patrzył przez nos, a patrzenie przez nos nie jest szczytem marzeń. Na dodatek wzrok mu się psuł. Między innymi dla tego rzucił fałszerstwo. Szedł wolnym krokiem do straganu z nowalijkami i stanikami. Gwizdał melodię, którą lubił. Podszedł do otyłej kobiety w dresie. Kobieta miała na imię Irena.

– Ireno – powiedział – Będziemy tu mieli za chwilkę gości. Bardzo cię prosę wybiez dla nich najpiękniejsą dynię jaką mas. Zapakuj ją w sary papier i włóz do foliowej torby. Torba ma być mocna, nie jakaś marna.

– Robercie – powiedziała Irena. – Zapakuję im najpiękniejszą dynię. To było piękne lato i dynie nad podziw się udały.

***

Rosenblum nie wierzył w miłość. W dzieciństwie bardzo często był karany za podjadanie z lodówki. Miał maślany wzrok i lekko utykał na prawą nogę. W połączeniu z rozbieżnym zezem i mnisią łysinką czyniło go to nieco śmiesznym. Ale nikt nie śmiał się z Rosenbluma. Bali się go. W młodości ojciec powtarzał mu często, że jeśli ludzie nie będą się go bać to będą się z niego śmiać. Rosenblum posłuchał ojca. Został sadystycznym psychopatą. Prawnikiem z wykształcenia. Najlepszym w Krakowie, tak jak ojciec i dziadek. Jego kancelaria na Kazimierzu zajmowała całą kamienicę. Rosenblum był prawnikiem Wielkiego Wschodu Misia. Zwykle ubierał się w czarny garnitur w szare paski, ale czasem pozwalał sobie na ekstrawagancję i dodawał do niego jaskrawy krawat, na przykład szaroniebieski. Miał niewielki tik nerwowy polegający na drapaniu się po głowie. W trakcie tej czynności obfity łupież sypał się bezlitośnie na kołnierzyk marynarki. Kiedyś zrobiono mu dowcip w pracy i wykazał się absolutnym brakiem humoru. Dowcipnisiowi wybił dwa zęby. Rosenblum miał bungalow. Tuż nad brzegiem Bałtyku. W bungalowie była jego samotnia. Lubił być samotny. Choć ostatnio zaczynał zauważać, że bardziej samotny jest w kamienicy na Kazimierzu. W tej samej, gdzie miał kancelarię. W zasadzie mieszkał w pracy. Kancelaria zajmowała dwa pietra, a on trzecie. Pierwsze piętro było dla klientów zwykłych, drugie dla klientów specjalnych. Na trzecie piętro nie wchodził nikt poza Rosenblumem i panienkami z agencji. Nigdy nie bawił się na mieście. W razie potrzeby ściągał rozrywkę do domu. Miał nawet hobby. Filmował te panienki w ubraniach swojej żony. Nic zbereźnego, tak normalnie. Jak chodzą po domu, ścierają kurze, prasują, czytają pisma kolorowe.

Rosenblum przyszedł na targowisko z łotrem. Łotr niczym się nie wyróżniał. Był od pilnowania i dawania w ryj. Podeszli pewnym krokiem do straganu i Rosenblum powiedziałDynia.

Z pakunkiem ruszyli dalej. Szli pewnym, lekko kołyszącym się krokiem, bo łotr markował chromość, by nie odstawać od pana. Idąc w stronę torów minęli betonowy murek z napisem Wolność Niekoniecznie. Rosenblum sam zrobił ten napis w późnych latach 80-tych. Nikt go nie zamazał ani nie starł. Widać ludzie wszelkich orientacji nie byli mu zasadniczo przeciwni. Tak jak nie byli przeciwni istnieniu kawy i zupy w proszku. No, może z wyjątkiem łotra.

Rosenblum nie chciał nikomu robić krzywdy. Tak zdecydował, gdy odkrył przezroczyste istoty w swoim ogrodzie. Istoty powiedziały mu rzeczy. A on w te rzeczy uwierzył, albowiem tak chciał. Pierwsza rzecz: Jezus nie był pacyfistą. Druga rzecz: Dużo, Tanio, Tesco. Trzecia rzecz: Oko za oko, ząb zupa zębowa. Rzeczy było znacznie więcej. Była też najważniejsza rzecz. Najważniejsza rzecz: Nie otwieraj cudzego pudełka. I tego się Rosenblum trzymał. Zanim otworzył cokolwiek musiał to mieć na własność.

***

Marcin Świetlicki szedł powoli. Głowę trzymał tak dziwnie między ramionami jak potrafią niektóre ptaki, a najbardziej gołębie. Chyba robiło sięźnawo, albo pochmurnie. Cienie zmieniły kolor na brudniejszy. Nie, żeby mu się to nie podobało. Nawet podobało. Lubił taką porę. Tylko może nie dzisiaj. Nie w momencie, kiedy musiał stanąć twarzą w twarz. Stawanie twarzą w twarz od dawna już było dla niego udręką. Najchętniej siedziałby w domu i jadł zupę. Bo jak tu stawać, gdy rozum krzyczy co innego, a ciało co innego? Łatwo nie jest.

Kilka razy potknął się. Szedł powoli, ale niechlujnie. Rozum krzyczał coraz głośniej. Teraz szedł torami. Dlatego się potykał. Uniósł głowę. Z przeciwka nadjeżdżał pociąg relacji nieznanej. Jechał powoli, ale metodycznie, nie przejmując się zmierzającym w kierunku przeciwnym literatem. Marcin widział już nawet maszynistę i wiedział, że i maszynista go widzi. Ale najwidoczniej żaden z nich się tym mocniej nie przejął. Marcin szedł dalej, pociąg nadal jechał. Po kolejnych kilku sekundach lokomotywa wydała z siebie przeciągły gwizd. Maszynista zaświstał, ale nie zwolnił. Marcin też nie zwolnił, i też zaświstał.

– Fiu, fiu. Panie maszynisto, ależ z pana żartowniś. – powiedział i szedł dalej na spotkanie z lokomotywą.

– Toż to Marcin Świetlicki, idol mojej młodości licealnej – pomyślał maszynista, mężczyzna lat około trzydziestu, ujrzawszy charakterystyczną sylwetkę krakowskiego barda lezącą mu pod skład – Nie mogę go tak po prostu rozjechać torach. Małżonka Renata, którą szanuję i która czeka na mnie w Częstochowie z kolacją, nigdy by mi tego nie wybaczyła. Do dziś trzyma w komódce sygnowany egzemplarz „Wysokich Obcasów”. I maszynista pociągnął za hamulec.

Nagle – dup! Oczy w słup. Jeden po drugim wagony walnęły w siebie. Z metalicznym chrzęstem, świstem i zgrzytem cały skład zaczął piłować kołami tory.

– A tych wagonów jest ze czterdzieści – pomyślał maszynista.

– Kto zajmie się suką? – pomyślał Marcin Świetlicki i zeskoczył z torów do rowu.

– Zabiłem ikonę subkultury emo – pomyślał maszynista i zaklął szpetnie po śląsku – Kurwa mać!

– Teraz wiem co dzieje się z kupą, którą robię w pociągu, gdy wieje wiatr. – pomyślał Marcin Świetlicki upadając dość nieszczęśliwie przy torach.

W tym samym czasie w sklepie przy ulicy Zeylanda zgasło światło. Skład z niemiłosiernym piskiem zatrzymał się wreszcie. Maszynista był blady jak szparag. Wyłączył zasilanie dokładnie tak jak pokazano na szkoleniu i wyskoczył z lokomotywy w poszukiwaniu niewątpliwego trupa na torach. Trupa na torach nie znalazł. Zadzwonił do dyspozytora. Dyspozytor kazał sprawdzić, czy na lokomotywie nie ma krwi i jechać zgodnie z rozkładem jeśli nie ma. Zanim ruszył, wysłał do Renaty esemesa „Chyba zabiłem Świetlickiego, ale nie jestem pewien”. Dwadzieścia kilometrów dalej w jego skład wjechała zabłąkana lokomotywa testowa. Obaj maszyniści zginęli na miejscu. Straty w taborze nie były olbrzymie. Renata odebrała esemesa już po śmierci męża, gdyż pracowała przy kuchni.

>>>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: