Rozdział 06

<<<

……

Upaprany kupą Marcin Świetlicki odzyskał dobry humor w rowie przy torach. Nagle życie wydało mu się znacznie prostsze. Popatrzył w lewo. Tłuczone kamienie i krzaki. Popatrzył w prawo. Tłuczone kamienie i krzaki. A w dole rozpościerała się połać trawy. Ślicznie opalizująca w wieczornej rosie. W oddali niewielki zbiornik wodny i zabudowania. Migotliwe światełka ekranów telewizyjnych rozświetlały mrok domeczków. Było trochę jak w reklamie coli, tylko bez ciężarówek i bez śniegu. Podobało mu się to, zupełnie nie czuł się jak w Krakowie. Czuł się jak na wakacjach, albo w wojsku. Ale raczej na wakacjach, bo nagle zniknął wszelki imperatyw. Był szczęśliwy i już wiedział, że nic nie musi. Zadzwonił telefon, o którym zdążył już zapomnieć. Jego pierwszy w życiu telefon komórkowy. Rozległy się radosne tony nieśmiertelnego hitu. Marcin wsłuchiwał się w nie z upojeniem. Odebrał dopiero po pierwszej zwrotce.

– Mam Was w dupie. Nie żyję. Przejechał mnie pociąg. – powiedział swym aksamitnym, radiowym głosem i wrzucił telefon pomiędzy tłuczone kamienie. Nie wiedzieć czemu aparat błysnął fleszem i wykonał zdjęcie, ale Marcin nie bacząc na to pomaszerował zawadiackim krokiem w stronę domów. To znaczy pomaszerowałby, gdyby tknięty nagłym przeczuciem nie zawrócił i nie podniósł aparatu. Dopiero wtedy ruszył ku domom. Jeden upodobał sobie najbardziej. Maleńki domek z pomarańczowej cegły klinkierowej. Cały w zieleni. Z niskim płotkiem i zapraszająco uchyloną furtką. Taki domek pamietał z pewnego odcinka „Czterech pancernych”, gdy jego ulubieni bohaterowie wyzwalali jakieś miasteczko. Za płotem rosły malwy, a w oknach żółciło się światło nieenergooszczędnych żarówek analogowych. Osram, pomyślał Marcin i rączo przyspieszył kroku.

Na progu powitała go stara kobieta w tradycyjnym krakowskim stroju, co upewniło go, że nie umarł i nie zwariował.

– Dzień dobry pani – powiedział z wrodzoną uprzejmością. – Wygląda pani na osobę inteligentną, więc zapewne ma pani w domu buteleczkę żołądkowej. Rad bym wypić z panią jej zdrowie, bo tego nigdy nie za wiele.

– Dzień dobry, czy też dobry wieczór. Zapraszam, zapraszam. – kobieta uśmiechnęła się – Dla pana wszystko, panie Świetlicki.

– Skąd pani wie kim jestem? – zapytał skromnie Marcin Świetlicki.

– Przed chwilą w TVN-ie pokazywali, że pan nie żyje. Przejechał pana pociąg. – oznajmiła kobieta. – Piękny program o panu pokazali. Artyści czytali wiersze. Bogusław Linda śpiewał. Jędrzej Joda mówił, że ma w planie ekranizację pana biografii.

Zginął Marcin Świetlicki

Marcin wszedł i zaraz potem wypił. A zaraz po wypiciu upał na podłogę. I takim go zapamiętajmy.

***

Ostrowski z Grinem i Pasewiczem wylądowali w Alchemii jakieśł godziny po wyjściu Świetlickiego, a przynajmniej tak twierdził Basia. Wcale nie pytany tak twierdził. Co więcej, opowiedział im swoją rozmowę z nestorem i historię jego nowej komórki.

– A numer wziąłeś, Basia? – zapytał rzeczowo Grin.

– No patrz, Ireczku. Numeru nie wziąłem… ależ dupa ze mnie.

– Dragkonik, mówisz – ożywił się Pasewicz – A nie chciałbyś wystąpić w Poznaniu w bardzo zacnym klubie? Artystom proponujemy doskonały hostel, zwracamy koszty podróży.

– Przemyślę – błysnął chytrością Basia.

– Wy tu na boczku interesy ubijacie? – wrócił do tematu Grin. – Basia, ty weź się skup i przypomnij sobie, co Marcin mówił przed samym wyjściem. Potrzebujemy jakiegoś śladu, choć drobiazgu, no przypomnij sobie.

– Przed wyjściem to Marcin klął.

– Ale co dokładnie? Klął jak zwykle, czy jakoś szczególnie? – zapytał Ostrowski.

– No, jak boni-dydy, nic więcej nie pamiętam. Zachowywał się dziwnie, bo pił przed zmrokiem, ale poza tym wszystko było jak zwykle. Nie słuchał co się do niego mówi, wzrok miał nieobecny i cały był taki skulony.

– Basia, a w którą stronę poszedł, pamiętasz?

– W stronę cmentarza żydowskiego, wiem gdyż wyjrzałem patrzeć, czy zbir za nim nie lezie. Nie lazł i to mnie uspokoiło. W ogóle to pusto dzisiaj. Dobrze, że wpadliście się napić. Mówię wam, nie szukajcie go. Nie był wyraźnie w nastroju. Moim zdaniem uwali się w trupa i wróci za dwa dni z Sopotu. To wrażliwy chłopak.

– Ale koncert mamy, martwię się. – wtrącił nieśmiało Cezary.

– A ktoś was słucha generalnie?

– Parę osób czasem przychodzi.

– Marcin mówił mi kiedyś, że byłeś w Czernobylu. Jak tam jest? – zapytał go Basia.

– Nie byłem.

– Ja byłem – powiedział Pasewicz.

– No to jak tam jest? – powtórzył Basia.

– Chujowo. – odpowiedział Pasewicz.

– A latają w powietrzu takie radioaktywne pyłki, jak pokazują na filmach sajens fikszyn?

– Nie latają.

– A cisza jest straszna?

– Nie ma ciszy. Gdzieś w oddali z radia lecą kawałki z lat 50-tych jak na filmach sajens fikszyn.

– Ty jaj sobie nie rób, ja poważnie pytam. Fascynuje mnie Czernobyl.

W tym momencie zjawili się Tito Litvak i Boguś. Podeszli do nas bladzi jak mary.

– W TVN-ie powiedzieli, że Marcin nie żyje. – oznajmił Tito Litvak – Ponoć wpadł pod pociąg.

Gazeta Wyborcza - Zginłął Świetlicki

– Ty sobie jaj nie rób. – powiedział Basia. – Przed chwilą z nim gadałem. Dopiero co stąd wyszedł.

– Ponoć jakaś kobieta zadzwoniła do nich, bo dostała SMS-a od męża maszynisty. Policja właśnie to sprawdza. Nie słyszeliście syren?

– Słyszałem – powiedział Grin – Ale w tym mieście co chwilę ktoś umiera, to nie zwracałem uwagi.

Zrobiło się całkiem ciemno, albo całkiem pochmurnie. Bez nadziei na koncert tego wieczora. Kto wie nawet czy kiedykolwiek. W końcu Marcin Świetlicki jest tylko jeden.

– Co robimy? Zapytał Tito Litvak.

– Powiedzcie nam, co tu jest grane. Tak na początek. – zaproponował Ostrowski.

– Marcin miał kłopot. – zaczął Tito. – Długo by gadać. I po co. Pewnie teraz już nie ma. Pytałem, co robimy z testamentem.

– Z jakim? – zapytał Ostrowski.

– Racja, wy nie wiecie. Marcin zostawił testament, na wszelki wypadek. U nas zostawił, my wiedzieliśmy. Ja i Boguś tylko… i Wisława Szymborska – dodał po chwili wahania Tito.

– A nie mówiłem, że Szymborska! – krzyknął Pasewicz.

– Teraz już możemy wam powiedzieć. Świetlicki pisał z Szymborską czarną powieść kryminalną dla wydawnictwa Znak. – oznajmił Tito. – W tajemnicy przed światem i przed Grinem, sorry Grin.

Grin wyglądał jakby podano mu kaszankę. Bez cebulki.

– I ten testament… to kryminał? – zapytał Ostrowski.

– W rzeczy samej. – rzekł Boguś i położył na barze czarną teczkę bez napisu. Tuż obok teczki z napisem A. Rosenblum – Notariusz.

– O ja pipa jedna! – krzyknął Basia. – To Marcin zostawił!

– Co zostawił? – zapytał Boguś.

– Teczkę zostawił. Tę od notariusza.

Basia drżącymi rękami teczkę otworzył. Wyjął ze środka pokaźny stos kartek i położył przed nami na barze. Na pierwszej kartce był tytuł. „Wielki Wschód Misia”.

Boguś natychmiast otworzył drugą teczkę. Też wyjął kartki. Też z tytułem. „Wielki Wschód Misia”.

– No to koncertu nie będzie – oznajmił Tito.

>>>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: