Rozdział 07

<<<

…….

(smutny i bez linków)

Rosenblum dotarł do Wschodu. Bez łotra. O łotrze wolał zapomnieć. Stanął przed Wielkim Wschodem Misia i zapukał do drzwi. Umownie zapukał: cztery krótkie, dwa długie. Nic się nie wydarzyło. Zapukał jeszcze raz umownie. Drzwi się uchyliły.

wielki wschód misia

– To głowa – powiedział Rosenblum i podał dynię przez uchylone drzwi.

– Wejdź, bracie. – potwierdził głos ze środka i drzwi rozwarły się szerzej.

Rosenblum wszedł. Za drzwiami był korytarz oświetlony mizernie. Na podłodze dywan. Na ścianach płótno w drobny wzorek. Pamiątkowe fotografie z misiami. Zapach kurzu. Brat Starszy trzymał w dłoniach dynię i patrzył na niego pytająco.

– Nie oglądacie tefałenu? – zapytał Rosenblum.

– Czekaliśmy – odpowiedział Brat Starszy.

– Zaraz do was dołączę. Tylko zmienię szaty.

Komnata zmiany szat była na końcu korytarza, zgodnie z Rytem Tyrolskim Reformowanym. W metalowej szafce BHP obitej czerwonym pluszem znalazł swój strój pasterki i fartuszek. Szybko się przebrał. Wyglądało na to, że wszyscy inni już byli. W pozostałych szafkach wisiały ich garnitury, dresy i kolorowe boa z piór. Zgodnie z Rytem Tyrolskim Reformowanym szafki nie miały drzwi, co symbolizowało brak tajemnic pomiędzy braćmi. Wrócił do korytarza i wybrał drzwi w jego centralnej części, po prawej stronie. Znalazł się we Wielkim Wschodzie Misia. Bracia siedzieli na swoich miejscach wpatrzeni w plazmę za plecami Wielkiego Mistrza. Na ołtarzu płonęły świece, a na ekranie leciały Fakty. Rosenblum zajął swoje miejsce.

– Przypominamy Państwu, że dziś o godzinie 18.18 otrzymaliśmy wiadomość o śmierci nestora polskiej poezji Marcina Świetlickiego, który zginął tragicznie w Krakowie. Zmasakrowane ciało poety zostało odnalezione przy torach. Prawdopodobnie został potrącony przez pociąg. Nadal nie wiemy, czy był to wypadek, czy mamy do czynienia z próbą samobójczą. Policja bada wszelkie okoliczności śmierci. Ma zostać także przeprowadzona genetyczna identyfikacja zwłok, gdyż stopień odniesionych obrażeń uniemożliwia ich rozpoznanie. A u nas w studio są już: Grzegorz Turnau, Maciej Maleńczuk i Wisława Szymborska. – prezenter powiódł wzrokiem.

– Dobry wieczór państwu. – powiedzieli luminarze chórem.

– Panie Grzegorzu – zwrócił się prezenter do pana w szaliku. – Jaki będzie Kraków bez Marcina Świetlickiego?

Wielki Mistrz nacisnął czerwony guzik na pilocie i ekran zgasł. Popatrzył wymownie na Rosenbluma.

– Tak, to głowa. – powiedział.

A Rosenblum wiedział, że to nie głowa. Ale wiedział też, że nigdy nie zagląda się do cudzego pudełka.

Wielki Mistrz podniósł z ołtarza grzechotkę i stuknął nią trzy razy.

***

Następnego dnia rano cały Kraków tonął w kwiatach i flagach białoczerwonych. I niebieskich w gwiazdeczki. Był 15 września – Europejski Dzień Prostaty.

Marcin Świetlicki obudził się z dziwnym wyrazem twarzy. Albowiem nikt go nie lizał. Fakt ten poruszył go do głębi. Mało tego. Pachniało inaczej. I za oknem nikt nie darł ryja. Coś się zmieniło w jego życiu. Ciekawe, czy na lepsze.

Marcin zdecydował się otworzyć drugie oko. Teraz widział stereo i mógł z całą stanowczością stwierdzić, że jest zupełnie gdzieś indziej niż zwykle, nawet jeśli akurat był gdzieś indziej. I to mu się spodobało, albowiem lubił zmiany w granicach rozsądku.

Po zapachu precli rozpoznał, że to Kraków, a po zapachu smoły, że nie rynek. Zaczynał sobie przypominać fakty. Brulion, Pegaza, Dyducha, mamę i tatę. Był zadowolony. Z dumą wstał z łóżka i zmierzył się wzrokiem z jelonkiem z makatki.

– Mój mały przyjacielu – powiedział do jelonka – Może byśmy się tak czegoś napili? Na przykład mocnej herbaty, albo mleka. Dzisiaj jest pierwszy dzień mojego nowego życia. We śnie przyszedł do mnie anioł w postaci kobiety.

– Panie Marcinie – powiedziała babcia w stroju krakowskim – Jak dobrze, że pan wstał. Śniadanko czeka.

– Pani wybaczy, babuniu – powiedział Marcin grzecznie – ale na czczo nie jadam. Muszę najsampierw się napić czegokolwiek i umyć zęby, albowiem tylko cham nie myje zębów w gościnie.

Babcia wskazała Marcinowi łazienkę, gdzie ogarnął się i umył zęby nowiuteńką szczoteczką w kształcie szczoteczki. Nie w kształcie dinozaura, jak w domu. Czas zmian dawał o sobie znać.

– A teraz zapraszam na śniadanko – powiedziała babcia, widząc Świetlickiego z pianą na ustach w drzwiach łazienki – Mamy jajeczka na twardo i serek ze szczypiorkiem i kiełbaskę z musztardą, tak jak pan lubi.

– A skąd babcia wie, jak lubię. Niechże babcia się wyda.

– Bo moja wnuczka jest barmanką w Psie i wszystko mi o panu opowiada – oznajmiła babcia, a Marcin zastanowił się, która wnuczka wie co on lubi na śniadanko. Nie pamiętał. Ale to wcale nie znaczyło, że babcia zmyśla. Może nawet wprost przeciwnie.

– Jedzmy zatem. Smacznego – powiedział Marcin i wypił z karafki. Nalewka była pyszna, acz nieco zbyt słodka.

– Pigwówka – zauważył ze znawstwem Marcin Świetlicki.

– Pięknie pan spał, panie Marcinku. Jak aniołek. Aż żal, że pan nie żyje.

– Spałem wyśmienicie, to fakt. Ale skąd się przychodzę, dokąd zmierzam? Wszystko mi się zresetowało. Pamiętam, że je to ja, ale mnie to nie wzrusza. Miałem sen. Piękna dziewica wyszła z wody i mówiła do mnie. Ale co mówiła, nie pamiętam.

dziewica z jeziora

– Ja panu opowiem, bo miałam ten sam sen. Piękna dziewica też mi się przyśniła. I pan mi się przyśnił. Siedział pan na bujaku w hipermarkecie i płakał. A dziewica wyszła z fontanny pomiędzy Media Marktem, a barem sałatkowym. Mówiła do pana głosem czułym,by bronił pan misia i zbadał sobie cholesterol. A pan płakał i przysięgał, że to uczyni. Ja stałam z boku, nie pamięta pan? Pomiędzy stoiskiem Cyfry Plus, a palemką. Byłam w tym samym krakowskim stroju co teraz, musiał pan zauważyć. Pamięta pan?

– Coś jakby pamiętam, ale jak przez mgłę. Wyśmienite te jajeczka. A pigwówka słodka nieco. Nie została aby odrobina żołądkowej od wczoraj?

– Od wczoraj nie została. Ale jest nowa. – odparła babcia żywo i sięgnęła do kredensu.

W tym momencie rozległa się melodia nieśmiertelnego przeboju. Melodia dobiegała z wewnętrznej kieszonki na piersi marynarki Marcina. Poeta sięgnął do kieszonki, ze znawstwem wydobył z niej aparat komórkowy i przyłożył do ucha. I nic się nie wydarzyło.

– Guziczek jeszcze trzeba nadusić – podpowiedziała babcia.

Nadusił. Wyszeptał nawet basem – Halo!

– Witam pana, panie Marcinie – powiedział głos w słuchawce – Zapewne dziwią pana dwie rzeczy. Że pan nie żyje i że do pana dzwonię. Zapewniam, oba te fakty powinny pana ucieszyć. Zaraz to wytłumaczę. Wszyscy uważają, że pan nie żyje, albowiem maszynista wysłał SMS-a, a pociąg rozjechał w trzy dupy pewnego łotra pańskiej postury. Obszerne fragmenty zwłok przywieziono w torebce foliowej, więc nie było co rozpoznawać, ale zrobiono badania DNA i próba wykazała, że to pan.

– Skąd oni mieli moje DNA? – zastanowił się głośno Świetlicki.

– Ktoś wpadł na pomysł, by zwrócić się o pomoc do pana Dunina z Warszawy i ten przypomniał sobie, że niejaki Żulczyk ma pukiel pańskich włosów.

– O matko – zdziwił się szczerze Świetlicki.

– Pukiel wysłano ekspresem do Krakowa, i tak jak wspomniałem badania dały rezultat pozytywny.

– Ale przecież to nie ja, więc jakim cudem?

– Panie Marcinie, proszę nie być dzieckiem. Takie badania to poważna sprawa. Badanie, które nie daje oczekiwanych wyników jest nic nie warte. A jeśli mimo to nie daje, to przecież zawsze można je powtórzyć. Na szczęście tym razem trafiono w sedno od razu.

– Aż tak wam zależało na mojej śmierci? – zapytał Marcin.

– Panie Marcinie. Cóż mam powiedzieć. Pierwotnie tak, ale okazało się, że jeszcze lepiej jest, że tak nieoficjalnie to pan żyje. Dla mnie i dla pana, innych niech pan do tego nie miesza.

– A kim pan jest, jeśli mogę spytać?

– Moje nazwisko nic panu nie powie. I tak niech zostanie. I niech zachowa pan telefon. Przyda się. O abonament nie trzeba się troszczyć, niech wiernie służy. Zadzwonię do pana jeszcze dwa razy. Tymczasem niech panu ziemia lekką będzie. Pogrzeb w przyszły piątek, zapraszam.

– Ale przecież mnie rozpoznają!

– Niech pan nie będzie dzieckiem, panie Marcinie. Nie zna pan ludzi? Świetlicki nie żyje, a poza tym nie przesadzajmy z tą jego rozpoznawalnością. Kiedy pan się ostatnio golił?

– Ale przecież kochali, rozumieli, dawali wyraz.

– Niech pan nie robi scen. Sam pan zobaczy, że tak jest lepiej. Do usłyszenia.

Marcin Świetlicki posmutniał. Odłożył słuchawkę.

Przyznał rację w duchu.

– Coś się stało, panie Marcinie? – zapytała babcia kładąc flaszkę żołądkowej na stole.

– Nic wielkiego – odparł widząc flaszkę – Już nigdy nic nie napiszę, chyba że pod pseudonimem.

– Kiedy pan spał poszukałam sobie pana na internecie, na komputerze wnuczki. Ładne pan pisał te poezje, tylko smutne. I piosenki też znalazłam. Jeśli mam być szczera to ja tam wolę Grechutę Marka. On tak powiedzmy bardziej do rymu potrafił. Ale i pan utalentowany. No to pańskie zdrowie, panie Marcinie. Sto lat.

– Sto lat pani babciu – powiedział Świetlicki i wypił. Po czym natychmiast wyszedł. Albowiem Marcin Świetlicki nie lubi się wiązać emocjonalnie.

>>>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: