Rozdział 08

<<<
……..
Irek Grin zadzwonił z samego rana około południa. Długo czekał aż abonent ten podniesie słuchawkę.
– Rosenblum, słucham.
– Dzień dobry panu, mówi Irek Grin. Mam właśnie przed sobą maszynopis mojego autora w pańskiej firmowej teczce. Czy mógłby mi pan poświęcić kilka chwil?
Przez chwilę po drugiej stronie panowało milczenie.
– Panie Grin – powiedział Rosenblum – Nie mamy o czym rozmawiać. To, do czego pański autor wsadza swój maszynopis nie jest moim zmartwieniem. Żegnam się z panem.
– A może zainteresuje pana mój zamiar opublikowania tego tekstu? Przejrzałem go i wydaje się interesujący.
– A w jakim nakładzie spodziewa się pan go opublikować? – ożywił się Rosenblum.
– Normalnie poszło by z 10, no może 20 tysięcy egzemplarzy. No, ale teraz, po jego śmierci wydam co najmniej 50 tysięcy, choć między nami mówiąc książka jest dużo słabsza niż Dwanaście.
– I z jakim to by było zyskiem dla pana?
– 50, no może 100 tysięcy złotych.
– A gdyby hipotetycznie ktoś zaproponował panu odkupienie pełnych praw? Czy w grę wchodziłaby podobna kwota?
– Nieco podobna.
– 17.00 u mnie w kamienicy na Kazimierzu. Adres ma pan na teczce. Do zobaczenia.
Irek Grin poczuł się głupio. Nie miał teczki ani rękopisu. Wczoraj w nocy wyszedł z Psa z dwoma teczkami powierzonymi mu na przechowanie. Do domu nie dowiózł żadnej. Zostawił je w taksówce, której numeru nie pamiętał. Nie pamiętał też marki auta ani firmy pod jaką jeździło. Pamiętał jedynie, że taksówkarz seplenił i brzydko pachniał.

w taksówce
Irek Grin był w kłopocie. Zagubił oba egzemplarze ostatniej powieści flagowego autora. Do kogo mógł się zwrócić? W zasadzie do nikogo. Póki co wolał, by wszyscy sądzili, że nadal jest w posiadaniu maszynopisu. Ale przecież musiał odzyskać jakoś to co zgubił. Jak? Jedynym rozwiązaniem zdawało się być ogłoszenie zguby przez CB-radio we wszystkich korporacjach taxi. Musiało spełnić dwa warunki. Nikt nie mógł się domyślić, że Irek Grin szuka maszynopisu, a zarazem taksówkarz musiał się domyślić, że chodzi właśnie o to co zostało u niego w aucie.
Irek Grin napisał:
„Kierowca taksówki, który odnalazł na tylnym siedzeniu teczki z maszynopisem proszony jest o ich zwrot za wynagrodzeniem. Zrozpaczony Pasażer. 600975185„.
Nie obawiał się, że ktoś rozpozna go po numerze telefonu. Teraz już nikt nie zapamiętuje numerów.

***

Patrzyli na Ewę i było im przykro. Wszystkim było.
– W zasadzie jestem jakby wdową – mówiła Ewa – a oni nawet nie pozwolili mi rozpoznać zwłok.
– Z tego co napisali, to nie za bardzo było co rozpoznawać – pocieszył ją Schwarc – Chyba, że zachował się jakiś obszerny fragment skóry z tatuażem. A propos, pani Ewo, Marcin miał jakiż tatuaż?
– Nie kpij sobie – powiedziała Ewa – Lepiej mi poradźcie co ja mam robić. Dzwonili z kilku stacji telewizyjnych, wydawnictw, z gazet. Proszą o wywiady, zdjęcia. Nie wiem co odpowiadać. Dzwonił Jędrzej Joda zapytać, czy chcę być konsultantką przy scenariuszu o życiu Świetlickiego. Mają już całą obsadę.
– Tak, a kto zagra Marcina?
– Była propozycja, żeby Muniek Staszczyk, ale zdecydowali się na Michała Żebrowskiego.
Zapadła cisza.
– I dzwonili z Urzędu Miasta. Planują pomnik Marcina na Małym Rynku. Ma go zrobić Mitoraj.

***

Basia szedł trasą, którą przemyślał. Całą noc przemyśliwał. I teraz szedł. Powoli, metodycznie stawiał nogi tam, gdzie jeszcze wczoraj stawiać je mógł Świetlicki. Dochodził właśnie do torów. Jaką drogę wybrał Marcin? Wydeptaną ścieżkę, czy zachwaszczony skrót? Basia poszedł wydeptaną ścieżką. I dobrze uczynił, albowiem wzrok jego już po paru krokach napotkał ślad szurającego bucika w piachu. Tak szurał bucikiem tylko Świetlicki. Basia czuł się jak Winnetou. Parę kroków dalej był pet po Marlboro, ale Basia odrzucił autorstwo mistrza. Pet nosił ślady szminki. Basia doszedł do miejsca tragedii na torach. Zdradzały je pozrywane taśmy policyjne i zaschnięta krew. Wiele śladów krwi. Masakra. Lokomotywa musiała go ciągnąć kilkanaście metrów. Patrzył i zastanawiał się. Pamiętał, że Marcin był w podłym nastroju, ale nie był to nastrój samobójczy, jak boni-dydy. A o przypadku też nie mogło być mowy. Z tego miejsca po prostu nie sposób było nie zauważyć i nie usłyszeć pociągu.

basia

Tory ciągnęły się w obie strony równo i prosto, jak na patelni. Cóż zatem się stało? Winnetou w Basi musiał to sprawdzić. Pochylił się i rozejrzał. Nic. Przeszedł dwa kroki dalej między torami. I tutaj nic. Ale jeszcze jeden krok i oto jego sokolim oczom ukazał się palec. Jakby nigdy nic, wciśnięty między jeden z torów, a śrubę mocującą leżał sobie serdeczny męski palec. Skąd wiemy, że męski? Bo gruby i brzydki. Skąd, że serdeczny? Bo tkwiła na nim obrączka.
– O kurwa! – wykrzyknął Basia radośnie – Żyjesz Marcinku, wiedziałem, że żyjesz.
– O kurwa! – wykrzyknął nieco mniej radośnie ukryty w pobliskich krzakach Marcin Świetlicki, który właśnie powracał do swego zapomnianego krakowskiego mieszkania, by przemyśleć co dalej – Jak ty mnie tu w tych krzakach Basia zobaczyłeś?
I wychylił się z krzaków.
A Basia zemdlał.
Kiedy już doszedł do siebie, pochylał się nad nim Świetlicki. Jego rozpromieniona twarz wyglądała jak sierpniowe słońce. Bez wątpienia był to żywy Marcin Świetlicki, o czym świadczyły zarówno żołądkowa gorzka jak i dźwięki pierwszych tonów nieśmiertelnego przeboju „Chodźmy do Misia” wydobywające się z telefonu ukrytego w kieszeni marynarki.

Marcin odebrał.
– Czego? – warknął do słuchawki – Miało być jeszcze tylko dwa razy, a poza tym człowieka teraz ratuję! Lepiej żeby to było pilne!
– Dzień dobry. Dzwonię z banku BBKGB by zaproponować panu niezwykle atrakcyjną formę pożyczki krótkoterminowej, którą spłaci pan w ciągu trzech lat w niezwykle atrakcyjnych ratach. Nasz bank pozwolił sobie przygotować dla pana wykres, który za chwilę prześlemy MMS-em, a który obrazuje… – wystrzelała z siebie panienka.
– Przepraszam, że przerywam! – powiedział Marcin Świetlicki. – Ale do czego mogłaby mi się przydać taka pożyczka?
– No, mógłby pan przeznaczyć te środki na zakup czegoś ładnego, na co pana nie stać.
– Dlaczego miałbym kupować coś, na co mnie nie stać, proszę pani? – zapytał Marcin Świetlicki – I skąd ma pani numer tego telefonu?
– Bo jest tak możliwość, proszę pana. Proponujemy to wszystkim. I wszyscy korzystają. A telefon do pana mam, bo my mamy wszystkie telefony do wszystkich. – powiedziała panienka – To co, bierze pan? Wystarczy wysłać pustego SMS-a pod numer 8888.
– Nie biorę, ale to miło że pani o mnie pamiętała w tej trudnej chwili. Do widzenia.
– Do widzenia.
Basia z podziwem patrzył na Świetlickiego.
– Ja jeden w ciebie wierzyłem. Oni wszyscy spisali cię na straty, gdy tylko obejrzeli tefałen. No może z wyjątkiem Ostrowskiego, który twierdził, że telewizja kłamie. Potem Grin zabrał tę twoją powieść co jej zapomniałeś z Alchemii i taką drugą co miał ją Tito i rozeszliśmy się kulturalnie do domów. Ale się ucieszą kiedy im powiem!
– Niczego im nie powiesz, Basia! Ja nie żyję, rozumiesz. I tak ma zostać.
– No to dupa – powiedział Basia.
– Nie dupa. Chcesz być tym Dragkonikiem, czy nie?
– No ba. Każdy by chciał!
– No to jedziemy do miasta Knoffhoff. Mam flaszkę, dokupimy bilety i jedziemy – powiedział Świetlicki, gdyż w jego głowie zakwitł plan.
– No, zaskoczyłeś mnie – powiedział Basia. – A ja myślałem, że ty stary już jesteś i skurczony.
– Ja nowo narodzony jestem, Basia. Nie zauważyłeś?
– To fakt – stwierdził Basia i poszli na pociąg.

Martwy Marcin Świetlicki oraz Basia jechali pociągiem. Mieli cały przedział tylko dla siebie, gdyż był to pociąg relacji Kraków – Poznań. Martwy Marcin Świetlicki kupił sobie na stacji krzyżówkę. Uwielbiał w podróży wyzwania umysłowe. Obecnie obgryzał ołówek i z radosnym grymasem głowił się nad hasłem „rodzaj sera”. Basia zaś siedział spokojnie i patrzył gdzieś w dal, za okno. Nic z wydarzeń ostatnich dni nie trzymało się kupy, jak w filmach Konwickiego. Im bardziej Basia patrzył w dal, tym bardziej się nie trzymało. W dali bowiem działy się rzeczy straszne. Najpierw Basia dostrzegł samolot pasażerski, z którego silników buchał czarny dym. Ognia nie było. Tylko dym gęsty i lepki. Samolot leciał bardzo nisko. Ledwie powyżej słupów linii elektrycznej. Nie tracił wysokości, po prostu leciał równolegle do pociągu i dymił. W odległości połowy kilometra, nie więcej. Potem Basia dostrzegł anioła. Anioł nadleciał nagle, trudno powiedzieć skąd, bo szybko. Przycupnął na moment na skrzydle dymiącego samolotu i równie szybko zniknął. Nie było słychać żadnego dźwięku z wyjątkiem stukotania pociągu. Tak rozpoczęło się szaleństwo Basi.

>>>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: