Rozdział 01

.

Świetlicki i Ostrowski. W Krakowie. Siedzieli z managerem Szwarcem co ma takie ciemne oczy. Szwarc uśmiechał się spazmatycznie.
– Co panowie zjecie? – zapytał, albowiem czuł się odpowiedzialny.
Marcin nic nie powiedział. Ostrowski też, albowiem nie byli głodni. Marcin bawił się papierkiem.
– Chciałbym mieć w domu flippera. Myślę, że flipper sprawiłby mi wiele radości. – odezwał się Marcin.
Przy stoliku obok siadł cherubin o wyglądzie jaszczurki upodlonej. Popatrzył na Marcina z zachwytem.
– O matko jedyna, pan Marcin. Panie Marcinie, panie Marcinie, napisałem o panu. Od dawna jestem pańskim miłośnikiem.
Zaśpiewał.
– Pan Marcin Świetlicki jest fajny, pan Marcin Świetlicki jest zabawny, nie tak jak inni poważny, a nawet trochę niepoważny jest. Pan Marcin Świetlicki ma pieska fajnego, buldoga, którego lubi wyprowadzać na spacer
I refren.
– Panie Marcinie, jestem pana idolem, od innych bardziej pana wolę, panie Marcinie czasem ciesze się, gdy widzę pana z pieskiem na spacerze… o oo, lallala, o oo, lallala, z pieskiem na smyczy na spacerzeeee….
I zwrotka znów.
– Piesek pana Marcina fajny jest i nieco frywolny pewnie jeeeest…..
Cherubin nie skończył, gdyż spadł z krzesła. Bardzo się wił, a mebel był z Ikei.
– To suka – powiedział do upadłego Marcin.

Do restauracji weszła Singielka, lat około 30, na wygląd około 29. Tlenione blond loki, sukienka czerwona, szminka czerwona, torebka. Z jej twarzy bił Prozac. Podeszła do baru. Minęła godzina 13:00, magiczna godzina pokolenia Brulionu.
Singielka zamówiła Malibu i powiodła wzrokiem po wnętrzu. Jej oczy nieomylnie napotkały wzrok Świetlickiego. Urodziła się magia, bo wzrok niektórych nestorów poezji straszny jest i magiczny. Singielka ruszyła w stronę poety i przydepnęła rękę cheruba, który zbierał z podłogi resztki krzesła. Zawył i zemdlał. Obsługa rzuciła się na ratunek. Wezwano ambulans.

Skupmy się na magii oczu nestora, gdyż bez tego dalsza historia może się wydać niewiarygodna. Jest w tym wzroku duma, ale jest też zgrzyt. Są promienie, co kruszą, ale jest i otchłań. Dziwny to wzrok i niespójny. Lewe oko zezuje i łatwo się peszy, za to prawe – wypisz wymaluj marszałek. A kolor oczu jest burawy. Takim to oczom musiała sprostać Singielka. Nie ona pierwsza. Poległa w nierównym boju. Teraz zmierzała na spotkanie z nieuniknionym. Jak rozwielitka.
– Pan Marcin Świetlicki jak sądzę? – zapytała retorycznie.
– Ech, proszę powiedzieć, co panią sprowadza? – odpowiedział retorycznie Świetlicki.
– Jestem wielbicielką pana wywiadów w wysokich obcasach – kontynuowała – I oczywiście Pegaza.
– Stare dzieje – zauważył Świetlicki – Teraz już nie chodzę w obcasach – zażartował skromnie.
– Wiem, wiem – zażartowała Singielka – Ale ja się wychowałam na tych wywiadach.
– Aż tak dawno to nie było. – zażartował Świetlicki już po raz drugi.
– Tak, sama czuję jakby to było wczoraj.
– Wczoraj byłem pijany.
– O matko jedyna, pan nadal pije?
– Żeby nadal to nie powiem.
– A gdzie pan zwykle pije panie Marcinie, bo ja szukam takiego miejsca, gdzie można się otrzeć o poezję…
– U mnie w domu?

Przyjechał ambulans. Sanitariusze zabrali zemdlone ciałko w krótkich majciochach i odjechali z wyciem. Marcin spojrzał na twarz blondynki. W kącikach oczy miała zmarszczki od uśmiechu. Miała też ślicznie zadarty nos i nieznośny kosmyk na szczęście.
– Ja pana, panie Marcinie już dawno chciałam zaczepić. Tylko nie miałam śmiałości, albo okazji nie było. Bo ja tak może wyglądam jakbym poezją nie żyła, ale ja przecież bynajmniej nie jestem dalsza poezji niż sama pani Szymborska albo i nawet pan Miłosz.
Podano schabowe.
– Dlaczego pan mnie unika, gdy siadam obok w kawiarni. Popija pan żołądkową, a mnie pan nie zauważa. Dziś jestem dumna szalenie, że tak do pana podeszłam, wcześniej nie miałam odwagi…
Marcin poprosił natychmiast o żołądkową. Dwie pięćdziesiątki, kulturalnie. W tym samym czasie w sklepie spożywczym na ulicy Zeylanda zabrakło dmuchanego ryżu. Ale o tym dowiemy się nazajutrz.
– Panie Marcinie, pańskie zdrowie – zagaił manager Szwarc – I pani zdrowie też – dodał po chwili.
– Pozwolicie panowie, że się z wami napiję? – zapytała retorycznie Singielka.
Popołudnie zaczynało nabierać barw. Za oknami słońce, obok poezja. I nikt nie mówił o Maleńczuku. Po chwili na stole butelka żołądkowej. Rozmowa.
– Ja czasem krwawię. Nie tak dosłownie panie Marcinie, jak każda kobieta. Dusza ma krwawi. Mam dobrą pracę, kredyt, mieszkanie. Pozornie wszystko w porządku. Ale wieczorem już nie. Otwieram Finlandię i krwawię. To strasznie jak bardzo. – blondynka wykonała ruch dłonią. Nie miała koniuszka małego palca u lewej ręki.
– Wypijmy za pani zagojenie – zaproponował manager Szwarc.
– „Kiedy przyjdą podpalić dom, ten w którym mieszkasz, Polskę…” Piękna piosenka, zawsze mnie wzrusza. Pan to potrafi tak od serca napisać – Singielka.
– Ale to nie ja, to Broniewski.
– A, to przepraszam, panie Marcinie. A pan też z branży, że tak powiem, rozrywkowej? – zapytała Singielka Ostrowskiego.
– Tak.
– To dlaczego pan nie pije?
– Bo ten pan już wypił – powiedział Marcin.

Po niebie płynęła chmura w kształcie barana. Nic nie zapowiadało deszczu. Był sierpień. Siedzieli naprzeciw Singielki z brakującym końcem małego palca, po lewej Marcin, po prawej Maciej. Po środku Ostrowski.
Za kilka godzin czekała ich próba, a potem koncert w Psie. Marcin był rześki, spokojny. U siebie, w swoim mieście. Mieście Grzegorza Turnau i hejnału. Tu jest dom. Tu mieszka jego przyjaciel.

Gdyby w Krakowie mieszkał też Tito Litwak, byłoby uroczo.
Tito mieszka na Helu z Irenką chorą na otyłość, ale kto wie, czy nie przeprowadzi się w do zupełnie innego miasta. Oboje z Irenką mają w dupie Hel. Podczas wojny z wrogiem Tito doznał urazu siatkówki. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy robotnicy obalili proletariat, zlikwidowali zakłady pracy, resztę sprzedali i poszli w chuj. Tito ma przyjechać na nasz koncert wieczorem. Bez Irenki. Samochodem marki zachodniej. Tito jeździ powoli i skrzętnie ukrywa swą wadę wzroku przed policją. Jest kierowcą bezpiecznym.

Ostrowski spojrzał na kamienicę po przeciwnej stronie ulicy. Stara kobieta podlewała kwiatki.
– Panie Marcinie, czy pan mnie słucha? – powiedziała Singielka i szarpnęła Świetlickiego za rękaw.
– Ależ oczywiście, że słucham. – powiedział Świetlicki.
Pojawił się Tito Litwak. Jak zwykle ubrany w dres marki Adasia. Wyjął papierosy i poczęstował nimi wszystkich. Tito pali Camele. Paczka miękka, amerykańska. Z wielbłądzikiem. Tito mówi z lekkim akcentem rosyjskim, bo bardziej zna rosyjski niż polski, ale gramatyki nie kaleczy.

Tito Litvak - Śmierć w Misiu

Kiedy Tito Litwak przyjechał do miasta Knofhof am Warta dzień był słoneczny, duszny. Wszystko się rozpuszczało wokół od gorąca, a nad półpłynnym asfaltem wisiały tu i ówdzie fatamorgany. Fatamorgana największa wyobrażała centrum handlowe, najmniejsza zaś pijaną staruszkę. Sklep Żabka jak zwykle sprzedawał ludziom wódkę, więc nikt nie był zdziwiony. Tito Litwak usiadł na krawężniku przed kamienicą Rybaki 33 i zapalił Camela. Popiół strzepywał na chodnik, tuż obok wielkiego, psiego gówna i upadłej ulotki solarium. Nie spieszył się, powoli wodził dokoła wzrokiem. Sierpniowy dzień rozwijał się bardzo niemrawo. Jak to wtorki. Dochodziła 13.00. Nic się nie działo. Jakiś debil słuchał rzewnych piosenek przy otwartych oknach. „Chuj w dupę policji i cwelom, szacun ludziom pod celą, i mojej matce szacun, że mnie wychowała, jedyna kochała…”

Kiedy Marcin Świetlicki poznał Tito było już dobrze. W sensie w Polsce. Demokracja zatriumfowała, a Marcin zaczął powoli uchodzić. Tito też w zasadzie stał się nestorem. Teraz musiał ustalić czego. Chyba właśnie z tego powodu lubił Marcina. Przeczuwał jego rolę w zgłębianiu własnej tożsamości. Często pytał go czy jest szczęśliwy. Mimo, że nigdy nie słyszał odpowiedzi, pytał. Marcin wtedy przekrzywiał tak charakterystycznie głowę w bok, wypijał i mrugał oczami. A potem mówił: Wypijmy zdrowie brzydkich kobiet, Tito, bracie. I wypijali. Aż Tito zakochał się w Irence. Potem już tylko Marcin wypijał.

>>>

Reklamy

One thought on “Rozdział 01

  1. beata pisze:

    Uwagi redakcyjne;
    – nie buldog , tylko bokser
    – nie singielka 30/29, tylko 50/49
    – nie ”rozwielitka”, tylko ”ochotka”
    – udział Zeylanda w amputacji palca istnej uwypuklić….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: